Dzień Czwarty
Obudziłam się przygnębiona. Za oknem szaro, deszcz lał strumieniami i nawet w mieszkaniu było chłodno. Brrrrrr….a do tego ja oczyszczająca organizm jeszcze 7 dni. Tego poranka nie było to zbyt wesołą perspektywą. Ale co tam powiedziało się A to się mówi B. Trzeba skończyć to, co się zaczęło.
Zwlekłam się z łóżka i poszłam przygotować sobie śniadanie. Do zjedzenia zrobiłam sałatkę owocową. Składniki: banan, kiwi, mandarynka, kiść ogrodowego winogrona, łyżka pestek z dyni, garść kiełków słonecznika. Owoce wystarczyło obrać, pokroić w kawałki lub rozdrobnić w cząstki i posypać pestkami i kiełkami. Do tego zaparzyłam sobie zieloną herbatę. Z miseczką w dłoni wróciłam do łóżka, dalej marudząc pod nosem, ale gdy zjadłam wstąpiła we mnie nowa energia. Pomyślałam, że właściwie najgorsze trzy dni już za mną i że teraz już można coś gryźć a nie tylko pić, więc do przodu.
Drugie śniadanko to surówka z marchewki i jabłka popita sokiem pomidorowym. Można go oczywiście zastąpić innym sokiem warzywnym, jeżeli ktoś ma na to ochotę.
Obiadek to już naprawdę szaleństwo. Zielona zupka z warzyw. Składniki: 2 ziemniaki, szklanka fasolki szparagowej(ja wykorzystałam mrożonkę), brokuł, koperek, natka pietruszki i por, który został mi z wcześniejszego wywaru z warzyw. Warzywa ugotowałam. Gdy były miękkie dodałam szczyptę soli, świeżo zmielony pieprz i maleńki kawałeczek masła. Pora wcześniej zmiksowałam blenderem i wrzuciłam do zupy. Jeszcze chwilę pogotowałam i już. Mmmmmm…..Po „trzydniówce” ta zupka wydawał mi się kulinarnym szaleństwem;-)
W planach miałam jeszcze podwieczorek, ale nie dałam czasowo rady.
Zamiast podwieczorku poszłam na aerobik. Nagadałam pani, że nie mogę się ćwiczyć za ostro, bo zawału dostanę i takie tam a godzina minęła mi niepostrzeżenie. Nie zdążyłam dostać nawet zadyszki. Naprawdę jestem kosmitką. Toksyny nie chcą ze mnie wyłazić a aerobik mnie nie męczy. Miałam po nim niedosyt i piechotą wróciłam do domu( Jak ktoś zna Poznań, to zrobiłam wycieczkę z Górczyna na Jeżyce).
Kolacja to pyszna sałatka. Składniki: 2 plastry tofu, żółta papryka, 4 małe koktajlowe pomidorki, por, kiełki lucerny i koperek. Tofu pokroiłam w kostkę, paprykę w naprawdę bardzo drobniutkie, wręcz miniaturowe kwadraciki, pomidorki w ćwiartki i te ćwiartki jeszcze w ćwiartki. Por pokroiłam na krajalnicy w cieniuteńkie plasterki. Tofu i warzywa zmieszałam i polałam sosem. Sos: łyżeczka oliwy, łyżeczka octu winnego, łyżeczka sosu sojowego, łyżeczka słodkiej papryki i szczypta soli. Całość udekorowałam koperkiem i kiełkami lucerny. Naprawdę szczerze polecam tą sałatkę nie tylko w czasie oczyszczania organizmu.
Jest przedobra!
Zaczęły się już pokusy, wczoraj byłam naciągana na piwo a jutro Halloween, więc też będę musiała być twarda i uparta. Już kupiłam dynię, pięknie ja wytnę i wstawię świeczkę, niech straszy…..Dopiero teraz widzę, że wcale nie jest łatwo wytrwać stosując jakąś dietę. Znajomi wciąż kuszą. Jeden z nich na wieść o moim oczyszczaniu napisał mi:, co z życia chcesz, za życia bierz. Ale ja będę twarda. Powtarzam sobie, wytrwam, wytrwam, wytrwam!:-)
1 komentarz
Kategoria:
listopad 1st, 2008 at 5:51 po południu
Zmień trenerkę, skoro czujesz niedosyt po aerobiku. Dobra instruktorka wie jak dobrać ćwiczenia, żeby Cię zmęczyć ale nie zniechęcić. Niedosyt zniechęca tak samo jak przesyt. Ja tak sobie ćwiczyłam rok- bez rezultatów. Zmiana trenerki i programu zaowocowała natychmiast.Wniosek? Nie sztuka zmęczyć, sztuka zmęczyć skutecznie.